Future is now!

Redakcja, godzina 22:00

Luk zasnął zmęczony w fotelu przed komputerem, siedział właśnie nad nowym odcinkiem Backstage, szło mu opornie.
We śnie gonił VBR’em siedzącego za sterami Challengera Deda i co raz flankował go i pakował mu serię z magazynka „w tyłek”.
Na twarzy śpiącego pojawił się demoniczny uśmiech, a ręka drgała w rytmie naciskanego przycisku myszki.
Wygrywał pojedynek…

Godzina 23:30
Luk nagle zerwał się z fotela, coś go obudziło, dziwny zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Miał wrażenie że ktoś go obserwuje, a przecież w redakcji był sam, reszta teamu już dawno poszła do domu. Lekko zaniepokojony rozejrzał się i wtedy go dostrzegł. W progu wejścia do kuchni stał…Zoi. Ale tak nie do końca Zoi, bo jego postać była mocno przejrzysta. Duch? Ale przecież Luk nie wierzył w duchy!!!
– Kim jesteś? – wypalił.
– Hej Luke, to ja, really – odpowiedział duch.
– Niemożliwe, Ty nie żyjesz – wrodzony sceptycyzm Luka nie pozwolił mu na inną odpowiedź.
– Trust Your feelings, Luke – odpowiedział, parodiując głos Alec Guinness’a i uśmiechając się, duch Zoisyte – jest ważna sprawa do załatwienia, więc przyszedłem do Ciebie.
– Ta herbata, co ją wypiłem, musiała być nieświeża – Luk dalej usiłował przekonać samego siebie, że to co widzi, to nieprawda.
– Gdy zegar północ wybije, odwiedzą Cię trzy duchy, mają Cię ostrzec, ale też przynieść nadzieję – tym razem poważnym głosem odezwał się duch Zoisyte – ja jestem tylko posłańcem.
– A może to w tej kanapce coś było? – Luk, niby słuchał słów ducha, ale jednocześnie dalej się zastanawiał co mu zaszkodziło. Bo przecież duchów nie ma.
– A i jeszcze jedno, Luk. Zostawcie mi miejsce w redakcji. I’ll be back – rzucił głosem Arnolda duch Zoisyte, po czym rozpłynął się w powietrzu.
– Chyba muszę się napić – powiedział sam do siebie Luk – gdzieś tu w kuchni mam coś takiego schowane.
Pewnym krokiem udał się do kuchni i zaczął grzebać w szafkach.
– O jest! – ucieszył się – dobry łiskacz przepali chorobę.
Nalał sobie pół szklanki i opróżnił ją jednym haustem, wspaniały smak pogłaskał jego podniebienie i rozlał się ciepłem po przełyku i żołądku. Od razu poczuł się lepiej. Jego mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach, analizując wydarzenie sprzed chwili. Momentalnie doszedł do prostego wniosku:
– Przyśniło mi się – powiedział na głos, jakby chciał się sam upewnić.
Wrócił do pokoju, usiadł w swoim fotelu i ponownie zaczął pracować na artykułem. Pobudzony, złapał wątek i zaczął pisać, nie zauważył upływu czasu, przypomniało mu o tym dopiero ciche piknięcie zegarka, obwieszczające minięcie pełnej godziny. Nadeszła północ.

W pokoju zrobiło się gorąco…
Pośrodku pokoju pojawiła się dziwna postać, zanim Luk jej się dokładnie przyjrzał, rozbłysło białe jaskrawe światło, które zmusiło go do przymknięcia oczu. Gdy je ponownie otworzył, nie było już pokoju redakcyjnego. Stał na moście, przed sobą widział małe miasteczko, wokół którego toczyła się bitwa pancerna. Ułamek sekundy wystarczył, żeby zrozumiał, choć nie wierzył w to co widzi, to się nie dzieje przecież naprawdę.
– Kurde, stoję na wiadukcie mapy River Point! – krzyknął – czy ja jestem w grze???
Oszołomienie minęło po krótkiej chwili, zauważył stojącą niedaleko siebie postać, którą widział wcześniej a która wydawała mu się bardzo znajoma, ale jakaś taka inna. To był Pasza, ale w mundurze amerykańskiego generała, miał też sumiaste wąsy, których oryginał nie posiadał, a w zębach trzymał niedopałek cygara. W ręku zaś mały tablet taktyczny.
– Nie no, to zatrucie było jednak cięższe, niż myślałem – stwierdził Luk.
Generał Pasza odwrócił się do niego i tubalnym głosem, przywykłym do wydawania rozkazów rzucił:
– Majorze Luk, proszę tu podejść. Musi Pan to zobaczyć.
– O kurwa – wypalił Luk, bo nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
Jednak postanowił podejść do generała. Ten pokazał mu to, co wyświetlał trzymany przez niego tablet.
– Jestem duchem minionych świąt. Widzi Pan te statystyki? – generał Pomiot zaczął tłumaczyć – Tylu graczy, pełne kolejki, serwery się nie wyrabiają. Takie były początki, pamięta Pan?
– No, pamiętam – odpowiedział zgodnie z prawdą Luk. – Ale co ja tutaj robię?
– To były świetne czasy, aż się chciało grać – kontynuował generał, wyciągnął do przodu lewą rękę i dodał – proszę popatrzeć na tą bitwę.
Luk spojrzał we wskazanym kierunku, bitwa właśnie dobiegała końca, po jednej stronie miasta T-54 i M113 dobijały właśnie jednego bezradnego PT-76. Kawałek dalej dwie M113 tańczyły wokół siebie w zażartym pojedynku jeden-na-jednego. Aż przyjemnie było popatrzeć.
– Oj tak, to były świetne czasy – powiedział Luk.
Ledwie skończył mówić, a znów pojawił się oślepiający rozbłysk i mapa River Point zniknęła, Luk ponownie stał w pokoju redakcyjnym. Adrenalina podniosła mu tętno i ciśnienie, nie był wystraszony, ale czuł się mocno nieswojo. Podniósł lewą rękę i spojrzał na zegarek. Świecące cyfry wskazywały 23:59.
– Ki diabeł? Przecież północ już była – rzucił, zdziwiony.
Jak zahipnotyzowany patrzył na licznik sekund, które zbliżały się nieubłaganie do 00 i ponownie zegarek piknął, oznajmiając północ.

Tym razem zapanowała ciemność, absolutna ciemność…
Po chwili wszystko wróciło do normy, o ile normą można nazwać to, że Luk stał pośrodku pasa startowego. Ciężkie, burzowe chmury przesuwały się po niebie, padał chłodny deszcz, paskudna jesienna pogoda. Zdezorientowany, rozejrzał się wokół. Widział budynki stojące przy pasie, pojazdy i samoloty. Gdzieś kawałek dalej toczyła się bitwa, raz po raz pojawiały się rozbłyski strzałów i słychać było echo wybuchów. Jakiś zabłąkany pocisk przeleciał nad nim i kilkadziesiąt metrów dalej uderzył w stojący samolot, niszcząc go w oślepiającym wybuchu ognia.
– Gdzie ja jestem? Co to za miejsce – przez głowę Luka przelatywały myśli z prędkością światła.
Zrozumienie nadeszło po paru sekundach.
– Zaraz…ale przecież to niemożliwe…Ghost Field?
Znowu był w grze…
– Majorze Luk – tym razem głos odezwał się gdzieś zza jego pleców.
Tym razem ten głos był bardzo, ale to bardzo znajomy, tylko ten dziwny akcent, rosyjski? Luk odwrócił się i całkiem zbaraniał. To był Voolf, no tak nie całkiem Voolf, bo ktoś kto wyglądał jak on, tylko w stroju galowym rosyjskiego generała. Obok niego stał ekran projekcyjny, na którym wyświetlały się jakieś dane. Postać, wyraźnie zafrasowana, drapała się w głowę, pod czapką.
– Jestem duchem obecnych świąt. Nu tak, majorze Luk, pasmatriej – generał Voolf wskazał ręką na ekran. – Zdzies niedostateczno charaszo.
Luk spojrzał we wskazanym kierunku, faktycznie, to na co wskazywały liczby nie napawało entuzjazmem. Ekran pokazywał statystyki serwerów, mało graczy na wszystkich trybach, inne dane pokazywały ile kont w grze było nieaktywnych, to były przerażające informacje. Wszystko wskazywało na to, że ta wspaniała gra zanika…
– Ale przecież tak nie może się dziać – strach chwycił za serce Luka – to nie może być prawda.
– Niestety, majorze. Tak to właśnie wygląda – odparł smutnym głosem generał.
– Nie, dopóki jest Gamestone, dopóki my mamy coś do powiedzenia…tak się nie stanie – krzyknął Luk.
I znów zapanowała ciemność…

Po chwili Luk stał z powrotem pośrodku pokoju w redakcji. Zdenerwowany, miał tego wszystkiego lekko dość. Ponownie spojrzał na zegarek, no oczywiście, znowu była 23:59.
– Nie no, co teraz? – rzucił, z lekką rezygnacją w głosie.
Zegarek radośnie oznajmił nadejście północy…ale tym razem nic się nie wydarzyło. Luk dalej znajdował się w pokoju, tylko na jego komputerze pojawił się artykuł na stronie AW, dotyczący Balansu 2.0.
A obok komputera…ponownie zmaterializował się Zoisyte…
– Hej Luk, dobrze znów Cię widzieć – rzucił radośnie.
– Zoi, kurwa, w co Ty mnie wplątałeś? – Luk miał już wszystkiego wyraźnie dość.
– Spokojnie, przyjacielu. Tym razem to ja opowiem Ci o tym co może być – odparł Zoi – co myślisz o zmianach, które zapowiedział MyCom?
Luk i tak doszedł do wniosku że albo śpi i to wszystko mu się śni, albo zwariował i nic już mu nie pomoże, więc może rozmawiać z duchami, czemu nie.
– Sam nie wiem, zmiany są tak duże, to będzie praktycznie nowa gra – odparł.
– Nie wiem jak ludzie to zniosą, najgorzej jak to wszystko jeszcze bardziej ich zniechęci – dodał po chwili.
– Wiem o tym, Luk. Dlatego to Wy i cała społeczność musicie przekonać wszystkich, że idzie lepsze, że te zmiany spowodują że gra stanie się jeszcze fajniejsza – duch Zoisyte przemawiał z entuzjazmem, tak jak kiedyś przemawiał sam Zoisyte, kiedy chciał kogoś do czegoś przekonać.
– Piszcie o tym, niech ludzie wierzą i czekają, niech nie rezygnują – kontynuował duch – namówcie streamerów, niech też pomogą.
– No spróbujemy, czemu nie – Luk sam poczuł, że udziela mu się entuzjazm Zoi’a.
– A ja Wam w tym pomogę – odparł duch.
– Jak?
– Zobaczysz…poczekaj do Trzech Króli – odparł tajemniczo duch.
I rozpłynął się w powietrzu…

Zoisyte

Maniak filmowy i mól książkowy. Urodzony optymista. Pisze dla samego pisania, bo i tak tego nikt nie czyta. Mógłby być ojcem większości redaktorów w GS, więc czeka już na emeryturę. Wskutek wieku paskudnie złośliwy.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij