I’m sexy and I know it

– No chodź tu Luk! – nazwanie Wilka podnieconym byłoby sporym niedopowiedzeniem.
– Moment, zajęty jestem – odburknął niewyraźnie Luk. Bo istotnie był zajęty: odchylił się na fotelu niemalże równolegle do podłogi, zarzucił nogi na biurko i od kilku minut zawzięcie dłubał w zębach.
– Ile można czekać?!
– Już, momencik… – Naczelny odchylił się jeszcze bardziej i runął z hukiem na podłogę. Rozejrzał się nieco zaskoczony, po czym wzruszył ramionami i postanowił leżeć dalej.
– Rozlałeś się tam jak imigranci po przejściu przez granicę – mruknął Saileri nie odrywając oczu od komputera.
Po szeregu westchnięć i upływie kilku minut, Luk w końcu wstał. Tym razem obeszło się bez dźwigu.
– No co tam masz?
– Zobacz! Nasza strona ładuje się tak szybko, że już jest załadowana zanim ją odpalisz!
– Mam skakać z radości?
– NIE! – chórem krzyknęli pozostali członkowie redakcji. Pamiętali co działo się ostatnim razem gdy Naczelny skakał. Na jednej ze ścian do dziś widniało pęknięcie.
– Dobra. I co takiego z tą naszą stroną? Działa?
Wilk pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Ostatnio coraz częściej określenie „Naczelny” w stosunku do Luka oznaczało przynależnośc gatunkową a nie funkcję w Redakcji.
– Działa jak jeszcze nigdy. Teraz tylko uzupełniać treścią.
– No to uzupełniaj. Dobra robota – Luk poklepał go po ramieniu i poszedł do kuchni po soczek w butelce z dziubkiem. Od jakiegoś czasu tylko to pozwalano mu pić – po pierwsze kawa źle wpływała na jego aktywnośc, a po drugie i tak już nie zostało zbyt wiele kubków.
– No to siadaj i pisz.
– Ja?
– Nie, święty Ambroży! Kto naczelnym, urwał jest?
– Chorąży?
Wilk warknął ze zdenerwowania udowadniając skąd się wziął jego przydomek. Odetchnął jednak głęboko i przypomniał sobie nauki mistrzów Zen oraz przeprawy ze swoją ukochaną córeczką. Przy niej taki Luk to pikuś.
– Pan Pikuś – powiedział automatycznie Naczelny, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że znowu czytał przyjacielowi w myślach.
Wujek i Ded spojrzeli po sobie. Wiedzieli co oznacza nagły przypływ Mocy u Luka. Zbliżali się Berliett z Grzechem.
Wszyscy zdawali sobię sprawę jak to się skończy.
Wątroba Zoia zaprotestowała z oburzeniem.

***

Zarówno Zoisyte jak i Voolf przeżyli wiele. Pracowali w różnych miejscach, spotykali różnych ludzi i z niejednego pieca chleb jedli. Młodszy syn Zoia nawet wkrótce będzie mógł pić piwo na legalu zamiast po krzakach jak typowy nastolatek.
Jednak obydwóm uszy więdły, gdy słuchali tyrady Luka. Usuwając większość słów i zostawiając tylko te nadające się do pokazania w telewizji przed 22:00, zrozumieli, że chodzi mu o coś z telefonem.
– A może się uspokoisz i wyjaśnisz co się stało?
– Ten pieprzony telefon! Nie dość, że wiesza się jak pranie latem to jeszcze słownik T9 podrzuca mi totalne absurdy!
– Na przykład? – zapytał Zoi, nim Wilk zdążył sprzedać mu kuksańca w bok.
– Chciałem napisać „popędzać” a wyszła „podeszwa”! Ja nie mogę tak pracować!
– Ale ty i tak nie pracujesz… – nieśmiało wtrącił Wujek.
Musiał być kroplą, która przelała czarę. Naczelny rzucił się do biurka, pochwycił telefon i z furią rozstrzaskał go na najbliższej ścianie.
Po chwili, gdy pozostali pozbierali szczęki z podłogi, padło pytanie:
– Czemu to zrobiłeś? Jak teraz będziemy się z tobą kontaktować?
– Co? – to pytanie zdaje się nieco otrzeźwiło furiata.
– A nie przejmuj się, to nie mój tylko Deda.
– Co jest moje? – zapytał Deathbringer, który wchodząc usłyszał tylko końcówkę zdania.
– Aaa… zostawiłem ziemniaki na ogniu! – krzyknął Luk i wybiegł z gracją szarżującego nosorożca w stronę poddasza. Tym razem na szczęście użył drzwi.
– Co mu się stało? Widzieliście mój telefon? I skąd tu tyle plastiku na podłodze?

***

– Powiedz mi, czemu taki jesteś? – zaptał Deathbringer stojąc nad Lukiem szorującym podłogę szczoteczką do zębów. Po ostatnich ekscesach miał nadzieję, że to nie jego szczoteczka.
– Masz na myśli mój talent do pisania? – odpowiedział Naczelny.
– Nie.
– Chodzi Ci o moje umiejętności przywódcze?
– Nie.
– Wspaniałą osobowość?
– Nie.
– Porażającą urodę?
Deathbringer chwilę się zastanawiał. Luk rzeczywiście wyglądał porażająco. Z kategorii tych, którzy śnią się nocą w koszmarach – 10/10.
– Nie. Chodzi mi o Twoje lenistwo i głupotę.
Luk wyprostował się i spojrzał rozmówcy w oczy. Nawet klęcząc mógł na niego patrzeć bez zadzierania głowy w górę. O ludziach takich jak Luk mówiono, że łatwiej ich przeskoczyć niż obejść. Cóż, pomyślał Ded, przeskoczyć też by było cholernie ciężko.
– Ja jestem, proszę ja ciebie, leniem z wyboru.
– Z wyboru?
– Tak. Bill Gates powiedział kiedyś, że najbardziej ceni leniwych pracowników, bo potrafią znaleźć najprostsze i najmniej męczące rozwiązania.
– I co, zapewniło ci to pracę w Microsofcie?
– Nie, nie chciało mi się – Naczelny wrócił do polerowania podłogi w ramach pokuty za zniszczony telefon. I ścianę. I masę innych rzeczy.
– No a co z głupotą?
– Widzisz – mówił Luk, nie przerywając pracy – Wielkie umysły mają to do siebie, że czasem muszą odpocząć, uciec od swej mądrości. To olbrzymi ciężar.
– Byłby mniejszy, gdybyś czasem odszedł od komputera… – mruknął niezadowolony Ded.
– No. Podłoga błyszczy się jak… – Naczelny zastanowił się. – Jak coś co się powinno błyszczeć. Skończyłem.
W samą porę, gdyż w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Przyszli goście.

***

– Nie rozumiem Zoi – narzekał Saileri – czemu wpuściłeś tutaj swojego młodszego?
– Och, on uwielbia tych dwóch, przecież wiesz – odparł, nie odrywając się od sklejania kolejnego modelu Abramsa.
– I fakt, że przyniósł ci całą reklamówkę tego – Sai machnął ręką w nieokreślonym kierunku mając na myśli pozostałe pudełka z zestawami – nie ma tu nic na rzeczy?
– Co? A tak, to. Hmm, nie, zupełnie nie. Po prostu dba o swojego staruszka – roześmiał się Zoi i wrócił do swojego zajęcia. Przypadkiem przykleił sobie lufę do kciuka i zastanawiał się jak się jej pozbyć.
Sai wzruszył ramionami i podszedł do Wujka. Ten widząc jego minę zapytał:
– Też masz złe przeczucia?
– Bardzo złe.
– Jest zbyt spokojnie.
– Niby Ded ma na niego cały czas oko – powiedział bez przekonania Saileri.
– Nie podoba mi się to. Z jednym Lukiem ledwo sobie radzimy. A mamy tutaj jeszcze przecież Berlietta…
Spojrzał w stronę stołu zajętego przez gości. Wyglądało na to, że Luk z Berliettem współzawodniczyli w konkurencji „kto najwięcej zje i odejdzie od stołu o własnych siłach”, Grzechu natomiast z nijaką wyniosłością pozwolił sobie usługiwać Zoi Juniorowi, który wpatrzony był w niego jak w obrazek.
– It’s quiet. Too quiet.
***

– JAK TO NIE WIESZ GDZIE POSZLI?! – Wilk wyszedł z siebie i stanął obok. – Nie ma mnie pięć minut, poszedłem tylko po zaopatrzenie na stację, a oni po prostu wyparowali?
– No jeszcze przed chwilą tu byli – tłumaczył się niemrawo Wujek Sarge. Grzechu, Ded i Sai przyglądali się wszystkiemu z boku. Zoi Junior schował się pod biurko Zoi Seniora, lepiącego Abramsy.
– Idź lepiej otwórz szafę i mów do rzeczy! Czy ty zdajesz sobie sprawę co się stanie z miastem, gdy obaj są na wolności?
– Nie… – lękliwie odpowiedział Wujek.
– A oglądałeś kiedyś jakiś film z Godzillą?!

luk_zloty

Zajmuje się pisaniem artykułów gdy ma na to ochotę, czyli bardzo rzadko. Poza tym jest tłumaczem j. angielskiego, choć nie odróżnia "past continous" od "present perfect" oraz tłumaczem j. rosyjskiego, ponieważ uczył się go przez jeden semestr na studiach. Redakcyjny błazen.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij