Ostateczne rozwiązanie

Mijał kolejny leniwy dzień w redakcji. Każdy zajęty był własnymi sprawami – Wujek dropił karty, Ded odpisywał na maile, a Naczelny zniknął na jakiś czas w kuchni. Do pomieszczenia wszedł Saileri i usiadł na swoim ulubionym fotelu:
– Elo, matury są, więc nie będę się udzielał.
Odpowiedziało mu nieme skinięcie głowami.
Zoisyte spał przy otwartym dokumencie tekstowym, w którym zapisał tylko trzy słowa: Abrams to złom. Powtórzone tysiąc razy. Wilk natomiast grał w sapera – musiał się odstresować po wielu godzinach klejenia epickich trailerów.
W pewnym momencie przeglądający forum sebastor aż podskoczył. Założył błękitny hełm, zbyt duży o kilka numerów i zaczął klepać klawisze jak Najman matę.
– Co się dzieje? – zainteresował się Wujek.
– Znowu ktoś ma problem. Muszę go ratować!
Wujek i Ded wymownie spojrzeli po sobie. Support AW powinien sebastorowi wysłać co najmniej butelkę dobrego wina za całą robotę, którą za nich odwala.
– Ma aktualne sterowniki? – zainteresował się Saileri.
– Tak – odbił sebastor.
– A spełnia minimalne wymagania? – dociekał Sai. Pozostali redaktorzy przyglądali się wymianie zdań z zaciekawieniem, w końcu nie mieli nic lepszego do roboty.
– Tak.
– A sprawdził poprawność plików gry?
– Tak.
– Uruchomił ponownie komputer?
– Tak.
– Zaakceptował umowę licencyjną?
– Tak.
– Dodał AW do wyjątków w firewallu?
– Tak.
– A to nie wiem. A poza tym i tak są matury i nie mam czasu się udzielać.
Wszyscy wrócili do swoich zajęć. To znaczy Zoisyte dalej chrapał, Wujek dalej dropił, a Wilk dalej próbował przejść sapera na Średniozaawansowanym, sycząc pod nosem za każdym razem gdy trafiał w minę.
– Ej, chłopacy! – zawołanie to stało się znakiem rozpoznawczym Wujka – jest kolejne zgłoszenie do turnieju!
– To ile już mamy? – zapytał Ded.
– No, razem z tym będą trzy!
– No to podium mamy zapełnione – wymruczał Ded i odwrócił się do swojego monitora.
– E tam – machnął ręką Wujek. Skierował się w stronę Wilka – Trzy drużyny już! Nie cieszysz się?
Voolf w odpowiedzi wymruczał coś pod nosem o zmarnowaniu wielu godzin na robienie trailerów i marnym odzewie.
– Trzy. No cóż. Zobaczymy jak to będzie szło dalej – wtrącił Saileri.
– Myślisz, że zaraz będą kolejne? – zaintersował się sebastor.
– Nie wiem. Pewnie tak. Ale poza tym to nie mam czasu, matury.
Znów nastała cisza przerywana jedynie stukaniem klawiatur i chrapaniem Zoiego.
– Kurtka na wacie! – wykrzyknął Wujek – Jest czwarta! Wołajcie Luka! Gdzie jest Luk?
Jak na zawołanie z kuchni dobiegł zrozpaczony głos Naczelnego: „Potwory! To był mój ostatni kubek!”.
– Chyba jest zajęty – wzruszył ramionami Saileri. – Ja zresztą też. W końcu matury, nie mam czasu się udzielać.
Z kuchni dobiegł kolejny okrzyk: „Zajęliście zlew – wytrzymałem. Kolonia na kredensie – spoko. Zjadanie sztućców – ok, i tak jem rękoma. Ale zeżreć kubek z Prosiaczkiem to już gruba przesada!”
Po chwili do pokoju wszedł Luk, czerwony ze złości i zielony od grzyba.
– Ma ktoś pożyczyć miotacz ognia?

***

Zapadła noc. W redakcji już dawno zgaszono światło i zapadła grobowa cisza. Przerwało ją ciche skrzypienie drzwi.
– Szlag, muszę je nasmarować. Albo powiem Wujkowi żeby to zrobił – Luk szeptał sam do siebie. Powoli kierował się w stronę kuchni. Nie potrzebował do tego światła, bowiem trasę pokój redakcyjny-lodówka znał lepiej niż własną brodę. A ta swoją drogą potrafiła czasem go zaskoczyć, jak wtedy gdy znalazł w niej chipsa sprzed tygodnia. Smakował jak nowy.
Skradanie utrudniał mu ciężki pakunek na plecach i pokraczna, niewygodna rura. Wszedł do kuchni. W zlewie coś zabulgotało.
W ciemności rozbłysnął płomyk palnika, odbijając się w zimnych oczach Naczelnego.
– To za Prosiaczka!

***

– Chyba tym razem przesadziłeś – stwierdził Ded, oglądając pogorzelisko.
– Warto było! – odpowiedział Luk. Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno. Bzdury kompletne.
Saileri kopnął bliżej nieokreślony, spalony przedmiot.
– Hm. No to pouczone. To chyba był mój podręcznik do matmy – Sai podniósł wzrok. – I dobrze. I tak jej nie lubiłem.
Z innej strony, wśród szczątków buszował sebastor
– Musi gdzieś tu być, musi!
– Czego szukasz? – zapytał Zoi. Razem z Wilkiem grali w karty, które jakimś cudem ocalały.
– Mój hełm! Mój błękitny hełm! Ogień nie mógł go spalić!
– Jet fuel can’t melt steel beams – rzucił filozoficznie Voolf.
– Uczyłeś się ostatnio angielskiego brachu? Przebijam! – rzucił kartą Zoi.
– A było poprawnie? Dupkiem żołędnym go!
Wujek przechadzał się po okolicy z nosem wpatrzonym w tablet. I tylko chwilami ubolewał pod nosem nad stratami. Jego ulubiona podkładka pod myszkę również stała się ofiarą zemsty Naczelnego.
– Ej chłopacy! – wykrzyknął nagle sprawdzając coś na ekraniku.
– No? – zapytał Ded.
– Serwery padły. Strona nie działa.
– Jak to? Przecież przenosiliśmy je ostatnio z redakcji do Luka na chatę?
– A właśnie w tej sprawie… Zapomniało mi się – bronił się Naczelny. Odpowiedziało mu oburzone spojrzenie reszty ekipy.
– Serwery są… były w kuchni. No dobra – spochmurniał Luk i usiadł obrażony na czymś, co kiedyś było biurkiem Voolfa.
– I tak było warto.
Pozostali nie wyglądali na zbyt szczęśliwych.
Nie wiedzieli jednak, że kuchenny grzyb był o krok od wynalezienia międzykredensowych rakiet balistycznych.

luk_zloty

Zajmuje się pisaniem artykułów gdy ma na to ochotę, czyli bardzo rzadko. Poza tym jest tłumaczem j. angielskiego, choć nie odróżnia "past continous" od "present perfect" oraz tłumaczem j. rosyjskiego, ponieważ uczył się go przez jeden semestr na studiach. Redakcyjny błazen.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij