Powrót…

Był późny, zimowy wieczór. Padał deszczośnieg, temperatura kręciła się wokół nieprzyjemnego zera. Grabarz właśnie skończył sprzątać po niedawnym pogrzebie. Układał ostatnie wiązanki, klient zapłacił sporo – więc się starał bardzo. Po chwili wyprostował się i spojrzał na swoje dzieło.

– Może być – stwierdził sam do siebie.

Miał się właśnie zbierać, kiedy jego wzrok padł na sąsiedni nagrobek. Przyjrzał się mu po raz kolejny i po raz kolejny zadał sobie w myślach pytanie: co to za dziwne imię? Na płycie nagrobkowej znajdował się bowiem napis „Zoisyte„. Nie potrafił tego zrozumieć, więc nie zawracał sobie tym dłużej głowy. Odszedł może ze dwa kroki i wtedy to usłyszał. Koń? Jak to kurde koń na cmentarzu? Przecież dzisiaj jeszcze nic nie pił. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Nie mylił się, słyszał dźwięk podkutych kopyt stukających o bruk alejki cmentarnej. Opanował go strach, po plecach co chwila przechodziły mu zimne ciarki, nie potrafił zrobić kroku, o ucieczce nie było mowy. Najpierw zamajaczył mu w ciemności kształt, potem było widać już wyraźnie. Wspaniały, wielki, siwy koń, a na nim jechał… ale to przecież jest niemożliwe??? W tej chwili ze strachu nie był w stanie nawet przełykać i zaczął się trząść. Bo na koniu jechał ŚMIERĆ. Taki prawdziwy ŚMIERĆ, wyraźnie widział, jak spod czarnego płaszcza spoglądają na niego oczy osadzone w gołej czaszce. W ręku trzymał kosę, która była tak ostra, że gdy jechał, to przecinała padające śnieżynkokrople na pół. Postać na koniu zbliżyła się do grabarza, który z przerażenia zdołał tylko wydukać:

-K…k…k…koń?

TO JEST PIMPUŚ – w jego głowie rozległ się pusty i głuchy, basowy głos.

Od tego dźwięku zjeżyły mu się nawet włosy na pośladkach i w kroczu, i gdyby miał trochę bardziej pełny pęcherz, to chyba by się właśnie wypróżnił.

-Piii…mpuś? – zapytał piskliwie.

ŚMIERĆ zsiadł z konia i podszedł do niego.

PRZECIEŻ WYRAŹNIE POWIEDZIAŁEM – PIMPUŚ. SZUKAM GROBU – ponownie usłyszał w głowie głos.

-Jak…kiii…kkie…goo? – wyjąkał przerażony grabarz.

CZŁOWIEKA IMENIEM ZOISYTE – odpowiedział ŚMIERĆ.

-Ooooo….toooo….będzieee…tennnn – grabarz wskazał drążąca ręką nagrobek.

DZIĘKUJĘ. MOŻESZ ODEJŚĆ – podziękował ŚMIERĆ.

-Mo…mo…mo…mogę? – bełkotał grabarz.

MOŻESZ, JESZCZE NIE TWÓJ CZAS – odparł ŚMIERĆ.

Tam, gdzie stał grabarz, obecnie znajdował się obłoczek pary, powstałej w wyniku tarcia o zimne powietrze ciała poruszającego się prawie z prędkością dźwięku. Mówiąc wprost, grabarz zwiał, pozostawiając za sobą żółtawy ślad na śniegu.

ŚMIERĆ podszedł do grobu, spojrzał na nagrobek, a następnie na małą klepsydrę, przymocowaną do nadgarstka.

SPÓŹNIA SIĘ – powiedział sam do siebie.

Chwilę później obok pojawił się w małym rozbłysku światła zombie w eleganckim fraku.

SPÓŹNIŁEŚ SIĘ, SLANT – zwrócił się ŚMIERĆ do przybysza.

– Były problemy z teleportacją, skieruję wniosek o ukaranie inżyniera – odpowiedział Slant.

NIE LUBIĘ TEJ WASZEJ PRAWNICZEJ GADKI, PO CO MNIE TU ŚCIĄGNĄŁEŚ? – zapytał ŚMIERĆ głosem, w którym było słychać zniecierpliwienie.

(tu trzeba zaznaczyć, że Zniecierpliwienie się zarzeka, że go słychać nie było)

– Dostaliśmy skargę, okazuje się, że nawalił jeden z Twoich życiomierzy, to nie był czas tego człowieka – Slant wskazał na grób Zoisyte. – Musisz to naprawić.

NIEMOŻLIWE!!! MOJE ŻYCIOMIERZE DZIAŁAJĄ SUPERDOKŁADNIE – krzyknął zdumiony ŚMIERĆ.

– Możliwe, możliwe. Sprawdziliśmy to razem z Alberto. Najprawdopodobniej to śmierć Mistrza doprowadziła do takich zakłóceń w Świecie Dysku – odpowiedział Slant.

TAK, TO SIĘ MOGŁO ZDARZYĆ, TO BYŁ WIELKI CIOS DLA ŚWIATA – odparł smutno ŚMIERĆ, on też opłakiwał stratę Twórcy.

Stali obaj w zamyśleniu, chwilą ciszy uhonorowując cześć zmarłego Mistrza.

– No dobra, to do roboty, ja też nie chcę tutaj dłużej stać, paskudna pogoda – wzdrygnął się Slant.

OK, JUŻ DZIAŁAM – odparł ŚMIERĆ.

Jego kosa zajarzyła się upiornym niebieskim światłem, gdy dotykał jej końcem nagrobka. Nastąpił potężny rozbłysk i fala niebiesko-białego światła rozeszła się po cmentarzu.

GOTOWE. PORA SIĘ ZBIERAĆ – stwierdził i wsiadł na konia.

– Dziękuję, już wzywam transport – Slant nacisnął guzik, który miał przyczepiony do fraka i znikł.

PRAWNICY… – stwierdził z niesmakiem ŚMIERĆ – PASKUDNA POGODA. CHODŹ PIMPUŚ, WRACAMY.

Odjechał, wkrótce postać na koniu zniknęła za ścianą deszczośniegu.

************

Zoisyte obudził się na kanapie w Redakcji, spojrzał na zegarek, była północ. W pomieszczeniu nie było nikogo.

-Co ja tu….robię? – sapnął zdziwiony.

 

Pamięci Wielkiego Mistrza Pratchett’a.  

Zoisyte

Maniak filmowy i mól książkowy. Urodzony optymista. Pisze dla samego pisania, bo i tak tego nikt nie czyta. Mógłby być ojcem większości redaktorów w GS, więc czeka już na emeryturę. Wskutek wieku paskudnie złośliwy.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij