Sir Terry

Deszcz ponuro uderzał w szyby. Pojedynczy przechodnie przemykali ulicą, w próżnym wysiłku umknięcia przed wodą lecącą na nich z nieba. W biurze redakcji od dawna było już ciemno, z wyjątkiem jednego monitora rozświetlającego twarz Luka. Wpatrywał się tępo w ekran od wielu godzin tak, że postronny obserwator uznałby go za kamienną rzeźbę. Albo za martwego.

WITAJ.

Za plecami Luka rozległ się basowy głos tak głęboki, że wydawał się nie mieć dna oraz tak stary, że Wszechświat przy nim dopiero raczkował. Całość uzupełniała delikatna nutka kościelnych organów.

PRZYSZEDŁEM PO CIEBIE.

– Ale ja nigdzie nie idę – odpowiedział mężczyzna nie odrywając wzroku od komputera.

ALEŻ IDZIESZ. PO TO WŁAŚNIE PRZYBYŁEM.

– Jestem zajęty. Mam dużo pracy.

JA RÓWNIEŻ. MUSZĘ ODWIEDZIĆ JESZCZE WIELU LUDZI.

– To miłego odwiedzania, bo ja nigdzie nie idę.

Przybysz przekrzywił głowę tak, że spod czarnego jak mrok kaptura przez chwilę widać było czaszkę. W jej oczodołach płonął fiolet tak głęboki i ciemny, że zawstydziłby bezksiężycową noc.

CZEMU?

– Jak mówiłem, jestem zajęty. Poza tym nie chce mi się.

PRZYZNAJĘ, NIEWIELU MA OCHOTĘ IŚĆ ZE MNĄ.

– Skoro sobie wyjaśniliśmy, to żegnam czule – Luk postukał w klawiaturę udając, że coś pisze, choć jego głowę wypełniała pustka.

ALE MUSISZ ZE MNĄ PÓJŚĆ – gdyby w przedwiecznych, mrocznych głosach dało się słyszeć emocje, ten z pewnością zabarwiłby się nutą paniki.

– Nie mogę.

NIE MOŻESZ?

– Nie.

CZEMU?

– Ciągle tylko czemu i czemu. Bo jestem gruby.

PRZEPRASZAM, ZDAJE SIĘ, ŻE NIE NADĄŻAM.

– A byłeś kiedyś gruby?

Śmierć spojrzał na swoje ciało skryte pod płaszczem. W odpowiedzi na spojrzenie, jego kości zagrały „Wlazł kotek na płotek” w a-moll.

RZECZYWIŚCIE, NIE WYDAJE MI SIĘ.

– No właśnie. A ja jestem. A gruby to znaczy leniwy.

NIE JESTEM PEWIEN…

– Dlatego też ci to tłumaczę. Jestem leniwy, ergo nie mogę nigdzie iść. Zmęczyłbym się. Poza tym jestem zajęty.

Po krępującej ciszy tak długotrwałej, że nawet przybyszowi wydawała się zbyt długa, postanowił odezwać się ponownie.

TO JEST TEN, JAK MU TAM… KOMPUTER?

– Tak.

KOMPUTER TO TAKA BARDZIEJ WYMYŚLNA MASZYNA DO PISANIA?

– W pewnym sensie.

I TY NA NIEJ PISZESZ?

– Pisałbym, gdybyś mi nie przeszkadzał.

WYBACZ.

Po kolejnej wieczności, odezwał się znowu.

JESTEŚ MYŚLIWYM?

– Skąd taki pomysł?

WIDZĘ NA TYM ŚWIECĄCYM JAK NAPISAŁEŚ COŚ O POLOWANIU.

– To nieładnie zaglądać przez ramię.

Gdyby to było technicznie możliwe, mroczna postać zaczerwieniłaby się ze wstydu.

– Ale odpowiadając na twoje pytanie – nie, nie jestem myśliwym.

ZATEM JESTEŚ PISARZEM?

– Co? Nie, redaktorem.

TO TAKI JAKBY DZIENNIKARZ?

– Nie szedłbym tak daleko, ale w pewnym sensie owszem.

I PISZESZ TEN, ARTYKUŁ? ZDAJE SIĘ, ŻE TAK MÓWICIE NA TE NUDNE ŚCIANY TEKSTU.

– Tak istotnie, tak na nie mówimy. Jednak ja już napisałem artykuł. Brakuje mi tylko tytułu.

TYTUŁY SĄ WAŻNE?

– Owszem. A ponieważ napisałem o konkursie, to tytuł musi być chwytliwy i przyciągać uwagę, czaisz?

EEE… CZAJĘ? – przybysz wybrał jedną z możliwych opcji odpowiedzi, która wydawała mu się pasować.

W pomieszczeniu ponownie zadźwięczała cisza, tak absolutna, że aż bolały uszy. No, przynajmniej Luka, bo tylko on je miał.

PIP! – rozległo się gdzieś z okolic podłogi. Zza kredensu wynurzyła się maleńka postać w płaszczu. Czaszka zwróciła się w tamtą stronę po czym ponownie utkwiła oczodół w siedzącym mężczyźnie.

POWINNIŚCIE ZAINWESTOWAĆ W KOTA. COŚ SIĘ WAM ZALĘGŁO POD PODŁOGĄ.

– Dziękuję za radę.

TO MY CHYBA JUŻ PÓJDZIEMY.

Przybysz poruszył się niepewnie i ruszył w stronę stojaka na kapelusze obok którego zostawił kosę tak ostrą, że mogła ciąć czas.

– Jeszcze jedna rzecz – Luk odwrócił się i spojrzał Śmierci w oczy. A raczej oczodoły. Nie wydawał się zaskoczony.

NIE WYDAJESZ SIĘ ZASKOCZONY.

– Owszem. Mogę mieć prośbę?

MOŻESZ MIEĆ.

– Znasz sir Terry’ego?

OCH TAK, JESTEM WIELKIM FANEM.

– Przekażesz mu moje podziękowania? Zdaje się, że minie trochę czasu zanim go spotkam osobiście.

PRZEKAŻĘ.

– No to do widzenia.

O TAK, DO PONOWNEGO ZOBACZENIA – odpowiedział, po czym przeszedł przez drzwi nie zadając sobie trudu otwarcia ich. Już na korytarzu zatrzymał się i sięgnął do kieszeni. Towarzyszący mu Śmierć Szczurów spojrzał w górę z uwagą.

PIP?

Śmierć trzymał w kościstych palcach klepsydrę, w której nie zostało już zbyt wiele piasku do przesypania. Zdecydowanym gestem odwrócił ją do góry nogami i powiedział:

RZECZYWIŚCIE MINIE JESZCZE TROCHĘ CZASU.

****

Jakiś czas później w redakcyjnym pokoju rozległo się głośne klaśnięcie, jakby ktoś przydzwonił otwartą dłonią w czoło.

Ponury Żniwiarz! Będzie idealnie!

W hołdzie sir Terry’emu Prachettowi, który sprawił, że świat już zawsze będzie Dyskiem na grzbiecie czterech słoni, stojących na przemierzającym kosmos wielkim żółwiu A’Tuinie.

luk_zloty

Zajmuje się pisaniem artykułów gdy ma na to ochotę, czyli bardzo rzadko. Poza tym jest tłumaczem j. angielskiego, choć nie odróżnia "past continous" od "present perfect" oraz tłumaczem j. rosyjskiego, ponieważ uczył się go przez jeden semestr na studiach. Redakcyjny błazen.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij