The War Game – część druga

Robert przez chwilę musiał mieć zasępioną minę, bo Cat zareagowała natychmiast, przytuliła go i szepnęła do ucha:

– Nic się nie martw, nie trafimy na Adama.

Oby, kochanie, oby. Nie umiałbym odebrać bratu tej szansy.

Ale już po chwili obojgu powrócił dobry humor, bo Pietro w swoim stylu, gestykulując długimi rękoma, przeprowadził obszerny wywód i używając matematycznych wyliczeń zaczął udowadniać, że dziś to jest ten dzień, ich dzień. Tanaka jak zwykle spokojnie przysłuchiwał się wypowiedzi, a gdy na chwilę potok słów z ust Pietra zamarł, dodał tylko:

Należy umieć rezygnować z rzeczy małych dla osiągnięcia wielkich.

Pietro zamarł w pół wymachu ręką, popatrzył dziwnie na przyjaciela i rzucił:

A skąd to żeś wziął?

– Przysłowie japońskie – odpowiedział Tanaka – Nawet jak nie wygramy dziś, wygramy następnym razem.

Tanaka znał bardzo dobrze rozterki Roberta, wiedział czym martwił się przyjaciel. Robert spojrzał mu w oczy i nieznacznie kiwnął głową w niemym podziękowaniu. Przyjaciele zaczęli rozmowę o rozgrywkach, o aktualizacji systemu gry, o wszystkim i o niczym, byli przejęci rozgrywkami i musieli się wygadać. Po kilku minutach dołączyła do nich ekipa Adama: Mark „Zero” – kierowca, Tomasz „Huzar” – radiooperator i Olaf „Gunny” – strzelec. W komplecie oczekiwali na otwarcie Centrum. W grupie oczekujących Cat wypatrzyła dziewczyny z jedynej w pełni żeńskiej drużyny „Ognisty Feniks„, dowodzonej przez Phoebe. Kiedyś to właśnie ona chciała zwerbować Cat do siebie, zaprzyjaźniły się i teraz Cat poszła się przywitać. Znała też pewien sekret Phoebe, podobał jej się bardzo Pietro.

Punktualnie o dziewiątej otworzyły się drzwi i ochroniarze zaczęli wpuszczać graczy i widzów, sprawdzając identyfikatory. Gracze byli kierowani do sali rozgrywek, widzowie mogli zasiąść na trybunach i na wielkich ekranach śledzić bitwy oraz dopingować swoich faworytów. Wchodząc do środka, Robert kątem oka zauważył grupkę osób, niosących transparent z namalowanym na nim wielkim, fukającym fioletowym kotem. Parsknął głośnym śmiechem, a po chwili dołączyli się do niego przyjaciele, gdy wskazał im ręką transparent.

– No co, mamy swoich fanów – wyrechotał Pietro.

Wszystkie drużyny zebrały się w sali głównej, gdzie miała się odbyć dwudziestominutowa odprawa. Niby wszyscy wiedzieli już dobrze o co chodzi, ale takie były zasady. Kierownik Centrum rozpoczął wykład.

– Wszyscy znacie zasady, jednak ponieważ odprawę oglądają widzowie, wyjaśnię wszystko po kolei i proszę bez głupich komentarzy. CrazyD, słyszysz?

No tak, wszyscy wiedzieli, że Pietro uwielbia słowne docinki i na pewno by z czymś wyskoczył.

Okej szefie, nic nie powiem. Słowo – rzucił wywołany do odpowiedzi.

– No dobra. To wracamy do zasad. Walczycie w symulatorach, w czteroosobowych zespołach. W czasie walki wszyscy członkowie zespołu są połączeni systemem synaptycznym, gdyby ktoś poczuł się źle, macie natychmiast meldować – ciągnął dalej kierownik.

System synaptyczny był świetnym wynalazkiem, pozwalał komunikować się członkom zespołu za pomocą myśli. Jednak miał on swoje kaprysy i czasem potrafił niespodziewanie wywołać mdłości, albo potworny ból głowy. Podobno kiedyś ktoś dostał też padaczki, ale Robert wolał o tym nie myśleć.

Choć w eliminacjach na Ziemi gracze brali udział w rozgrywce komputerowej, a na Marsie sterowali prawdziwymi pojazdami, kokpit sterujący był taki sam, po to żeby przyzwyczaić graczy. Każdy z graczy zajmował miejsce w zamykanym szczelnie kokonie i zakładał na głowę specjalną opaskę, która aktywowała łącze systemu synaptycznego. Kokony zespołu ustawione były w literę T, z przodu siedział kierowca, za nim dowódca, który po lewej stronie miał strzelca, a po prawej radiooperatora. Radiooperator dodatkowo mógł komunikować się z pozostałymi drużynami. Jeżeli w czasie bitwy doszłoby do „zranienia” członka zespołu, jego kokon był odcinany na 15 sekund od kontaktu z pozostałymi, a jeżeli ktoś „zginął” to dowódca mógł zająć jego miejsce, mając jednak ograniczony dostęp do funkcji którą pełnił utracony członek zespołu. Jeżeli zespół stracił dowódcę, dowodzenie przejmował strzelec. W pierwszej fazie bitwa toczyła się między batalionami składającymi się z piętnastu pojazdów i kończyła się wtedy, gdy któraś z drużyn „zniszczyła” drużynę przeciwną. Każda drużyna zbierała punkty za uczestnictwo w grze, liczył się każdy zniszczony, bądź uszkodzony przeciwnik. Potem od nowa losowano składy batalionów oraz pojazdy i proces się powtarzał. Po dziesięciu rozgrywkach wybierano 8 najlepszych drużyn i losowano pary, biorące udział w pojedynku 1 na 1 w Dragonach. Tak więc z każdego centrum awansowała najlepsza czwórka, w sumie razem na Marsa leciało 60 drużyn.

– Jak zwykle, prezentuje Wam pojazdy, które macie dostępne w grze – kierownik włączył projekcję.

Na pierwszym slajdzie pojawiła się Valkyria. Był to lekki kołowy pojazd bojowy, szybki i zwrotny, wyposażony w karabin jonowy zasilany magazynkiem energetycznym, pozwalającym oddać 60 strzałów, oraz w wyrzutnię rakiet z zapasem 30 sztuk. Valkyria nie posiadała tarcz energetycznych, drużyna która ją prowadziła, musiała bardzo uważać żeby nie oberwać, bo to natychmiast wiązało się albo ze zniszczeniem całkowitym, albo w najlepszym razie ze stratą któregoś członka zespołu.

Kolejnym pojazdem był Hammer. Był to niszczyciel, wyposażony w wielkokalibrowe działo jonowe i mocną przednią tarczę energetyczną. Posiadał napęd gąsienicowy, nie był zbyt szybki, ale całkiem nieźle manewrował. Bardzo niebezpieczny pojazd, który dwoma strzałami mógł doprowadzić do awarii tarcz energetycznych i systemów każdego przeciwnika, a kolejny strzał wyeliminowywał ofiarę z gry. Hammer nie posiadał jednak osłon bocznych i tylnych, pozostawiony sam sobie stawał się łatwym łupem dla Valkyrii.

Potem przyszła kolej na Dragona – nowoczesny MBT, uzbrojony w średniokalibrowe działo jonowe i chroniony ze wszystkich stron tarczami energetycznymi. To Dragon stanowił główny pojazd każdego batalionu i to bitwy między Dragonami zawsze były najbardziej widowiskowe. Dragon był niewiele wolniejszy od Valkyrii, jego wygląd przypominał Robertowi polski czołg, który był kiedyś produkowany – Gepard.

– Każdy z batalionów ma do dyspozycji dwa Banshee – kierownik przełączył następny slajd.

Banshee był to dron rozpoznania bojowego, którym sterował wyznaczony przez dowódcę batalionu radiooperator Valkyrii. Pomagał on w wytropieniu przeciwników, jednak wymagał większych umiejętności gracza, więc dobry dowódca batalionu musiał wiedzieć, komu przydzielić Banshee. Dron zawsze też stanowił cel dla Valkyrii drużyny przeciwnej, utrata Banshee wiązała się ze spadkiem zdolności bojowej całego batalionu.

– No i został ostatni – powiedział kierownik.

No tak, wszyscy wiedzieli o jaki pojazd chodzi. Od czasu do czasu, w trakcie losowania pojazdów dla zespołu, komputer potrafił dorzucić taką niespodziankę. Był nią Spider – specjalna wersja niszczyciela czołgów. Był jak mityczny smok, którego nie wypada zaczepiać, a najlepiej go nie spotkać. Posiadał układ czterech gąsienic, które wyglądały jak wielkie odnóża pająka (dlatego też gracze nazywali go właśnie Tarantulą) a na „grzbiecie” miał umieszczone potężne, podwójne działo jonowe. Był bardzo zwrotny, ale powolny, wymagał więc ochrony innych pojazdów drużyny. Prawie zawsze drużyna, która miała szczęście wylosować Spidera wygrywała mecz, ciężko było przegrać, mając do dyspozycji taką maszynę. No chyba że się go zostawiło samego na pastwę Dragonów.

– Skoro wiemy czym walczymy, to teraz pora na losowanie batalionów i dowódców – kierownik nacisnął przycisk i na ekranie pojawiły się dwie tabele, czerwona i niebieska, symbolizujące bataliony. I po chwili komputer rozpoczął losowanie, wiersze tabel wypełniły się symbolami drużyn. W pierwszej turze „Wściekły Kot” Roberta był w drużynie czerwonej, a „Ręka Boga” Adama w niebieskiej. Na koniec przy wybranych dwóch symbolach pojawiła się złota korona dowódcy batalionu. Czerwonymi dowodził Tomas z „Red Tiger’a”, Robert ucieszył się bo Tomas był świetnym taktykiem, jego drużyna zajmowała drugie miejsce w rankingu, to jego najbardziej obawiałby się, gdyby doszło do bezpośredniej konfrontacji. Najlepszą drużyną w eliminacjach była „Grey Wolf” którą dowodził Mark „Wolf”, bardzo dobry zespół, który cały czas okupował pierwsze miejsce. Tym razem zespół Marka wylądował w batalionie niebieskim. Dowódcą niebieskich został Adam, Robert spojrzał na brata, a ten uśmiechnięty puścił do niego oko.

– No młody, pora uciekać – rzucił, śmiejąc się.

– Się zobaczy braciszku – odpowiedział z uśmiechem Robert.

Teraz komputer losował pojazdy, drużyna Roberta otrzymała Valkyrię, podobnie jak drużyna Adama. Jemu będzie ciężej, bo jednocześnie dowodzi batalionem, pomyślał Robert. Pierwsze losowanie pojazdów dało wynik jednakowy dla obu drużyn: cztery Valkyrie, trzy Hammery i osiem Dragonów.

– Drużyny, do symulatorów – zakomenderował kierownik.

Wszyscy rozeszli się do przydzielonych stanowisk, Cat i Tanaka zajęli już miejsca w kokonach. Pietro spojrzał na Roberta, widać było, że zaraz wyskoczy z jakimś dowcipem.

Tylko żadnego myślenia o piersiach Cat – wypalił.

No tak, jeżeli myślenie gracza było zbyt „obrazowe”, reszta przez system synaptyczny otrzymywała ów „obraz”. Raz Pietro bardzo sugestywnie myślał o lodach czekoladowych, no i wszyscy po chwili oblizywali się w myślach. No a raz…Robert zbyt odprężony wspominał w myślach nagą Cat, leżącą w pościeli, chwila nieuwagi i reszta mogła rzeczoną wizję również podziwiać. Cat nie odzywała się tydzień, potem jej przeszło. Tym razem z jej kokonu dobiegł wesoły chichot.

– Dobra, zdyscyplinuję swoje myśli – odpowiedział Robert – Tym bardziej, że teraz nie będzie łatwo.

Myśl o pojedynku z bratem nie dawała mu spokoju. Wiedział, że to jest ostatnia szansa Adama na start w finałach, gdyby się mu nie udało to zamierzał skończyć przygodę z grą i rozpocząć pracę przy budowie reaktorów fuzyjnych. Adam był świetnym fizykiem nuklearnym, a jego narzeczona Dorota nie była zbyt wielką fanką gry i ostatnio bardzo naciskała na Adama żeby ten porzucił rozgrywki i zajął się wreszcie normalną pracą.

Wszyscy zajęli już miejsca, komputer wylosował mapę i zaczęło się odliczanie, trzydzieści sekund w czasie których dowódcy batalionów wydawali w myślach rozkazy swoim podwładnym. Przydzielali też Banshee konkretnym radiooperatorom. Tomas bardzo sprytnie rozstawił swój batalion, Robert wiedział o co mu chodzi i jaki jest cel tego ustawienia, wszyscy zawsze mówili, że on i Tomas myślą bardzo podobnie. Rozpoczęła się bitwa. Czerwoni szybko zajęli wyznaczone pozycje, dwie Valkyrie wyruszyły jako szpica i wspomagane przez drony poszukiwały pojazdów przeciwników. Robert zastanawiał się co zrobi jego brat, zazwyczaj wiedział co on wymyślił, wiele razy omawiali różne strategie na różnych mapach. Ale tym razem niebieskich nie było tam gdzie się ich spodziewał. Co on wykombinował? Właśnie wpadł na pewien pomysł i miał już kontaktować się z Tomasem, kiedy niebiescy rozpoczęli szturm, wypadły na nich rozpędzone Dragony, a Hammery zaczęły razić ogniem z daleka. Ale nie widać było Valkyrii. Nagle pojawiły się wszystkie cztery, na tyłach drużyny czerwonej, na dodatek prowadzone przez Marka. To było genialne, nikt się tego nie spodziewał po Adamie. Zaskoczony Tomas błyskawicznie przegrupowywał swój batalion, jednak pułapka przeciwnika zadziałała. Mecz skończył się wynikiem 15:8 dla niebieskich, trwał tylko osiem minut, Robert zaliczył dwie asysty, po punkcie za każdą oraz dwa zabójstwa warte po jednym punkcie. Adam miał wynik identyczny – dwie asysty i dwa zabójstwa, ale dostał dwa punkty dodatkowo za zwycięstwo. Kokony się otworzyły, komputer ogłosił pięć minut przerwy i ponowne losowanie batalionów. Robert wydostał się ze swojego i odszukał wzrokiem brata, Adam pokazał mu uniesiony do góry kciuk, a Robert wykonał ukłon. Touche, punkt dla Ciebie, pomyślał. Na bocznym ekranie pojawiła się tabela z wynikami ogólnymi, drużyna Adama była na trzecim miejscu, a Roberta na dziesiątym. Pierwszy jak zwykle był Mark.

W kolejnej rozgrywce Robert i Adam ponownie wylądowali w przeciwnych batalionach, jednak tym razem czerwony batalion Roberta był wyraźnie lepszy, po swojej stronie miał zarówno Tomasa jak i Marka. Dodatkowo, przy losowaniu pojazdów, do czerwonego batalionu trafił jeden Dragon więcej, a niebiescy dostali w zamian Hammera. Dynamiczniejszy styl gry Roberta, Tomasa i Marka pasował do Dragonów i akurat wszyscy trzej je dostali. Mark dowodził batalionem i ustawił szybkie natarcie z dwóch stron, chcąc uniemożliwić przeciwnikowi wykorzystanie przewagi niszczycieli. Rozstawił dwa skrzydła batalionu, które ruszyły razem szeroką tyralierą w kierunku, gdzie powinien znajdować się przeciwnik. Wyczucie Marka i jego duża wiedza w temacie stylu gry przeciwnego dowódcy pozwoliły mu prawie bezbłędnie przewidzieć, gdzie i w jakim szyku będzie się znajdował wrogi batalion. Puścił jeszcze przodem Valkyrię z dronem, żeby upewnić się że wszystko jest tak jak przewidział. Przeciwnik poruszał się w zwartej grupie, a jego Valkyrie trzymały się blisko reszty, zbyt późno więc zorientował się co planuje Mark. Nie udało się już całkiem rozproszyć i przegrupować, oba skrzydła batalionu Marka spadły na przeciwnika, zaciskając się jak ogromne szczypce. Dragony zrobiły swoją robotę i batalion Marka tryumfował. Robertowi udało się odrobić stratę do brata, teraz drużyna Roberta zajmowała miejsce piąte, a jego brata czwarte. Zaraz za nimi plasowała się drużyna Tomasa, a Mark na dobre rozgościł się na topie.

Zoisyte

Maniak filmowy i mól książkowy. Urodzony optymista. Pisze dla samego pisania, bo i tak tego nikt nie czyta. Mógłby być ojcem większości redaktorów w GS, więc czeka już na emeryturę. Wskutek wieku paskudnie złośliwy.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij