Wind of Change

Dnia następnego w Redakcji
– Jest super – z radością i wielkim zainteresowaniem odparł Ded.
Luk , który przygotowywał sobie herbatę w kuchni ciągle zastanawiał się, czy zmiana wystroju redakcji była odpowiednią decyzją. Myślał też o drugiej butelce szkockiej, zrobionej razem z ZeBerliettem ostatniej nocy. Dość powiedzieć, że dawała o sobie znać. Jego głębokie
przemyślenia tak odcięły go od świata zewnętrznego, że nie słyszał gwizdka czajnika w którym gotowała się woda, którą uprzednio wstawił.
– Luk! – wrzasnął przerażonym głosem Ded, pośpiesznie biegnąc do kuchenki, która stała na samym końcu redakcyjnej kuchni.
– Nie czujesz? – uniesionym głosem próbował zwrócić uwagę Luka.
W powietrzu unosił się przeraźliwie odpychający swąd topionego plastiku. Cała kuchnia wypełniona była dymem, przez który z trudem można było oddychać. Luk wstrząśnięty głosem Ded’a powoli wracał do żywych, jego twarz oraz ruchy nawet dla niego samego były niezrozumiałe.
Ded widząc, że Naczelny w końcu postanowił się ruszyć, bez zastanowienia krzyknął:
– Luk, szybko biegnij po resztę!
Dym który wypełniał całą kuchnię wdarł się już w każdy zakamarek biura. Pierwszym, który go zobaczył był Wujek. Stał w głównym pomieszczeniu, gdzie znajdowały się komputery wszystkich redaktorów. Rzuciwszy na ziemię plakat Lorda Gabena pobiegł do łazienki, w której
stało wiadro, służące redakcji do mycia podłóg.
Czasami.
Pośpiesznie wyrzucił zawartość wiadra na ziemię i zaczął nalewać do niego wodę. Tymczasem w głowie Luka przewijały się myśli “mówiłem im, ostrzegałem, nigdy mnie nie słuchają”. Wyrwał się z zamyślenia dopiero gdy potrącił go
biegnący z wiadrem Wujek.
– Zostaw to wiadro – krzyknął Luk, jednocześnie próbując dostać się do zadymionej kuchni i wyrwać stamtąd Deda.
– Co ty robisz?! – Zapytał Wujek, który nijak nie potrafił zrozumieć zachowania Naczelnego, gdy ten chwycił przyjaciela za bluzę i
wyciągnął brutalnie na zewnątrz.
Wujek zaczął się zastanawiać – wiedział przecież, że Zoisyte budował modele Abramsów, by radośnie je spalić. Ale przecież ostatnio tylko do nich strzelali. Oczywistym dla Wujka by fakt, że zabawy z ogniem w domu rzadko bywają bezpieczne. Przekonali się o tym ostatnio, gdy
Naczelny spalił wszystko walcząc z jakimś urojonym grzybem.
W końcu wszyscy bezpiecznie opuścili biuro, bezsilnie patrząc jak po raz drugi w krótkim czasie płonie dzieło ich życia. Wszyscy spoglądali podejrzliwie na Luka. Ten jednak podniósł dłonie w obronnym geście i zdawał się mówić: „tym razem to nie ja”.
Tymczasem tuż pod rozgrzanym kuchennym kafelkiem, dogorywał były przywódca grzybnej rasy, prezydent Pleśnior. Tulił do zielonej piersi swą tycią,grzybową zapalniczkę, którą podpalił klej modelarski Zoi’a.
– Warto było – wymówił ostatnie słowa i spłonął z uśmiechem na twarzy.

Atmosfera w ekipie była na tyle gęsta, że można ją było rozłupać młotkiem. Luk tłumaczył Wilkowi, że to nie on jest sprawcą (tym razem), Zoi z kolei tłumaczył ubezpieczycielowi co się stało.
– No chłopaki, jeszcze jedna taka akcja i nas zamkną za wyłudzanie odszkodowań – powiedział Zoi po zakończonej rozmowie.
– Dziwne, że jeszcze nie zamknęli tego piromana-amatora – warknął Wilk.
– Kiedy mówię, że to nie ja! Tam były całe kilogramy kleju modelarskiego – bronił się Zoi.
– No i co z tego? – zapytał Wujek.
– Gdybyś miał tyle lat co ja, to byś wiedział jak łatwopalne jest to cholerstwo. – odpowiedział Zoi – Musiało być jakieś zwarcie, albo słońce za mocno
przygrzało…

Stracili wszystko, ale być może tak miało być. Przyjaciele spojrzeli na siebie, nikt nie powiedział tego głośno, ale być może to był ten impuls, którego potrzebowali.
Voolf spojrzał na Zoi’ego, Zoi na Luk’a.
– To się odbuduje – rzucił ten ostatni.
– I tym razem zrobimy to lepiej – dodał Zoi.
– A ja chyba mam pomysł jak to zrobić tym razem – dorzucił Voolf.
– A może tak zmienimy nazwę? – dorzucił Saileri – Skoro mieliśmy w planach rozszerzenie działalności.
Sebastor słuchał kolegów, ale od kilku chwil jego uwagę przykuwało coś w okolicy jego buta.
Ded to zauważył, podszedł do kolegi i próbował odnaleźć to, na czym skupiała się uwaga Sebastora. Po chwili się poddał i zapytał.
– Sebek, co zobaczyłeś?
Przyjaciel schylił się i podniósł z ziemi kamień.
– Zobaczcie jaki dziwny – rzucił do wszystkich – kamień w kształcie litery G.
Voolf stanął nieruchomo, widać było że nad czymś intensywnie myśli.
– Już wiem jak nazwać nowy projekt…

Zoisyte

Maniak filmowy i mól książkowy. Urodzony optymista. Pisze dla samego pisania, bo i tak tego nikt nie czyta. Mógłby być ojcem większości redaktorów w GS, więc czeka już na emeryturę. Wskutek wieku paskudnie złośliwy.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie plików "cookie" lub inny sposób lokalnego przechowywania informacji oraz na gromadzenie, udostępnianie i wykorzystywanie danych osobowych do personalizowania reklam i innych usług. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij